poniedziałek, 1 grudnia 2014

Wędrowanie po górach. Zimowa wyprawa na Skrzyczne.


Nie wiem jak inni, ale ja cały tydzień czekałem na ten dzień kiedy znowu naładuję baterie wyruszając na kolejną wycieczkę.
Wyjazd lub wyjście w góry nastawia mnie bardzo pozytywnie do kolejnego ciężkiego (dość często) tygodnia albo nawet jeszcze na dłużej.

Moja żona wstawała o 5:20 do pracy, a ja 10 minut później po to by na spokojnie przygotować się do wyjazdu. No cóż, nie wszyscy mają weekendy wolne.
Mając na uwadze czasowy poślizg z zeszłej niedzieli dziś byłem gotów do drogi na czas wypijając nawet na spokojnie kawę.

Umówiłem się z Markiem i Marcinem w Ustroniu, bo stwierdziliśmy, że niepotrzebne jest prowadzenie dwóch aut.
Pogodę na wycieczkę mieliśmy już zamówioną tydzień temu
Cały tydzień pogoda nie wróżyła nic dobrego, bo w większości regionów było zimno i ponuro.
Nawet dziś rano bez zmian.
Do Ustronia wjechałem jakby do innej krainy. Oblodzone drogi i cała okolica.
Za par chwil już jechaliśmy razem znaną chyba wszystkim krętą drogą z Wisły w kierunku Szczyrku na Przełęcz Salmopol czy inaczej zwanym Biały Krzyż) .
W którymś momencie przejechaliśmy nad otaczające całą okolicę chmury, a to co zobaczyliśmy potwierdziło nasze przypuszczenia co do dzisiejszej pogody.
Tych, których nie było z nami potrzymam w napięciu, bo prawdziwe widoki zaczęły się jak już wyruszyliśmy na trasę.

Jak zwykle fotka startowa


14 osób i pies.
Zabrzmiało jak 4 pancerni i pies





Jak już możecie zobaczyć, słońce wspaniale oświetlało korony drzew.
Wyruszyliśmy czerwonym szlakiem na Malinowską Skałę. (Zapis trasy.)


Było chłodne a nawet trochę mroźne rano ale już po chwili rozgrzewaliśmy się marszem pod górę i wyłaniającym się zza drzew słońcem.


Nie trzeba było długo czekać, kiedy po raz pierwszy poleciały słowa zachwytu. WOW!


Ani się nie obejrzeliśmy i już byliśmy na Malinowie (1114m) gdzie chwilkę odsapnęliśmy zagrzewając się różnymi różnościami z plecaków


Jak już się stało tradycją w wyprawie towarzyszył nam niezłomny rowerzysta.
Pocieszył wszystkich fakt, że młodszy brat Davida, Kevin połknął bakcyla i po raz kolejny wyruszył z nami.
Wszystkich nas urzekły otaczające nas coraz piękniejsze widoki.


a nasze westchnienia pod wpływem piękna uwiecznialiśmy na licznych zdjęciach...


...ale powiedzcie sami, czy to nie wspaniały widok?


Kraina jak z jakiejś baśni.
Myślałem, po ostatniej wycieczce, że już wiele widziałem, ale takich krajobrazów się nie spodziewałem.
Najbardziej fascynowała mnie "moja" góra Czantoria, którą dziś zobaczyłem w zupełnie innym wymiarze.


Osobiście nie mam rozeznania w umiejscowieniu i nazwaniu tego co widzę, ale mieliśmy wśród nas znawcę, którego informacje jeszcze bardziej dodawały uroku widokom.


Wskazał nam (od lewej) góry po czeskiej stronie: Stożek, Kozubovą, Smrk, Łysą Górę, Malchor i Travny.


Szliśmy sobie spokojnie szlakiem...


...aż nagle zauważyłem, że kilka osób z naszej grupy idzie po prawej stronie.
Coś czułem, że nie idą tam ot tak sobie.
To co zobaczyłem, po raz pierwszy w moim gadulstwie, zabrało mi słowa.


Wierzcie mi, że nie sposób to ogarnąć słowem ani aparatem, to trzeba było zobaczyć.
Klęcząc w zaśnieżonej trawie łapałem ujęcia i oddech.
Znalazłem sposób by określić to co widziałem.
Powiedziałem: "Ja tu zaraz dostanę orgazmu."



Wywołało to lawinę śmiechu ale w zasadzie nikogo to nie dziwiło, bo nie byłem osamotniony w zachwycie.
Dosłownie człowiek chciałby się wznosić jak ptak, mało tego, chyba niektórzy mieli nawet takie odczucie.


Iwona na tle Skrzycznego. Nasza nowa amatorka górskich wędrówek.
Kolejna osoba, która udowodniła, że dla chcącego nic trudnego.
Po nie przespanej nocy (impreza Andrzejkowa) obudzona w środku nocy (o 6-tej) po zaledwie 2 godzinach snu.
Przeszliśmy tego dnia 17 km, myślicie, że marudziła w stylu osiołka ze Shreka?
"Daleko jeszcze?"
Pewnie, że tak
ale nie dlatego, żeby jej się nie chciało.
Wielokrotnie już chwaliłem jakieś osoby za to, że się im chce.
Powiem wam w sekrecie nasza rozrastająca się grupa ma bardzo pozytywny wpływ na każdego z nas.
Ci którzy jeszcze nie słyszeli, (a na pewno usłyszą) niech wiedzą, że od niedawna nasza (zamknięta) grupa nosi nazwę: "Turbo Ślimoki".
Grupa zamknięta, owszem, ale jeśli ktoś zechce z nami wyruszyć na kolejną wyprawę ma duuuuuuuuużą szansę dołączenia do tej grupy
Ktoś może powiedzieć po co komu kolejna grupa na FB?
Nie odpowiem wam, ale wiedzcie, że dla mnie to pozytyw w porównaniu do różnych "gupot" w stylu selfie z całusem do odbicia w lustrze (nie znalazłem odpowiedniego określenia).
Nie czas i miejsce do krytykowania zachowań ludzi, więc idźmy dalej.

Zbliżaliśmy się powoli do Skrzycznego,


który wyłaniał się z mroźnej doliny.
Po drodze zatrzymaliśmy się na kilka ujęć na Malinowskiej Skale (1152m).


Byliśmy coraz wyżej, a czym wyżej tym lepiej było widać otaczające nas góry.


Jeśli się dobrze przyjrzycie, zobaczycie to, czego z pochłoniętych mgłą dolin na pewno nie zobaczycie. Tak w oddali, jakby na wyciągnięcie dłoni pojawiały się Tatry.


Opuszczaliśmy skałę idąc dalej zielonym szlakiem, skąd po jednej stronie widok na Babią Górę i Tatry, a z drugiej, fascynująca mnie wielokrotnie Czantoria.


Nie sposób zamieścić wszystkich zdjęć,
ale z wielką przyjemnością odsyłam was do naszego albumu na FB.

Idąc przez Kępę Skrzyczeńską (1189m) i Małe Skrzyczne (1211m) zachwycaliśmy się widokami na otaczające nas góry wyłaniające się z chmur.


Osiągnęliśmy cel. Skrzyczne (1252m), którego charakterystyczną wieżę widzieliśmy z daleka.
Jako pierwszy zdobył szczyt nasz najmłodszy uczestnik Kevin.


Niektórzy szli szybciej, inni wolniej, ale wszyscy dotarliśmy na miejsce.
Część z nas skorzystała z ciepła schroniska i oferowanych posiłków lub delektując się swoimi zapasami.
Mroźny, aczkolwiek piękny dzień, wywołał u mnie chęć na ciepłą zupę.
Jak to mówią, kto pyta nie błądzi, więc zapytałem, czy któraś z oferowanych zup nadaje się dla wegetarianina.
Ku mojemu miłemu zaskoczeniu zupa cebulowa (10zł) była ugotowana czysto na warzywach bez jakiegoś bulionu wołowego czy tym podobnych.
Mając w pamięci, dość niemiłe, doświadczenie sprzed kilku lat w jednej restauracji, upewniłem się dosłownie 3x czy aby na pewno.
Być może wyglądam w wielu oczach jako dziwak, ale kto wie jakie skutki mogło by to mieć, nie dziwi się.
Zjadłem ze smakiem, ale że było mało więc sięgnąłem do plecaka po zapasy i kawę zbożową.
Jedzenia i różnych słodyczy na naszych wycieczkach nigdy nie zabraknie, chociażby dlatego, że przy takiej ilości uczestników zawsze się znajdzie ktoś kto miał lub ma urodziny czy imieniny.

Ciepły zakątek schroniska wykorzystałem na zmianę spoconych części odzieży.
Jak to mówią: Lepiej się spocić niż zmarznąć.
Jedni odpoczywali w cieple, a drudzy nie mogli doczekać się naszego głównego punktu programu, który zapewnił z wielkim poświęceniem Marcin.


Jak sądzę, nasze wycieczki odbiegają od standardowych, ale tym przyjemniej się na nie wspomina.
Rozegraliśmy dwa turnieje 4 dwuosobowych drużyn.
Nie sam wynik ale był najważniejszy, ale to, że jak zwykle świetnie się bawiliśmy, o czym świadczą liczne zdjęcia, których nie będę tu zamieszczał.
... no, może z wyjątkiem jednego kiedy to tarcza była zbyt mało atrakcyjna i postanowiono ustawić żywy cel


Z uwagi na prywatność, nie będę opisywał tych wszystkich ran jakie odniosła
Oczywiście żart i nie muszę dodawać, że przeżyła bez uszczerbku na zdrowiu...
... ale czy aby na pewno?

Dobra koniec żartów, bo zbliża się czas do powrotu.
Konieczna konieczność to grupowa fotka.
Ustawiłem swój aparat na słynnym już stojaczku potem bacznie zmierzyłem wzrokiem trasę do przebycia by na czas zdążyć być tam gdzie powinienem.


Po raz pierwszy w historii 10 sekund samowyzwalacza było za mało!
Dotąd z gracją szedłem wiedząc, że "chorąży zawsze zdąży",
no ale zawsze musi być ten pierwszy raz.

Po prostu zbyt daleko i zbyt dużo zakrętów do pokonania, ale nie ma tego złego...
bo ustawiłem ponownie aparat i wyszło jeszcze lepsze niż planowałem...


... i wyruszyliśmy tą samą drogą z powrotem.
Mgła pogrążająca podnóża gór opadała i mogliśmy podziwiać to co znajdowało się pod nimi.
Jeszcze będąc na szczycie towarzyszył nam śmigłowiec, który wraz z ratownikami GOPRu ćwiczyli ewakuację ludzi z różnych mniej lub gorzej dostępnych miejsc.
Jedną z akcji, której niestety nie miałem przyjemności zobaczyć (widzieli inni) było oparcie się jedną płozą na Malinowskiej Skale po to by osoby mogły wejść do śmigłowca. Imponujące.


Najczęściej droga powrotna bywa łatwiejsza, ale my dość zasapaliśmy się podchodząc z powrotem pod skałę.


Chwila oddechu, coś na rozgrzewkę i idziemy dalej bo jest już dużo chłodniej.



Po niecałych 7h wycieczki i finałowym zdjęciu, żegnaliśmy się miło w objęciach.


Podobnie jak brakowało mi słów by określić widoki gór we mgle tak i teraz szukam odpowiednich słów by opisać tę bardzo przesympatyczną grupę ludzi, którym dziękuję za kolejny wspaniały dzień pełen uśmiechu i serdeczności.
Po takich wycieczkach po prostu chce się żyć, a co najlepsze nie mogę się doczekać kolejnej, tym razem w sobotę, którą jest Mikołajkowy Marsz Nordic Walking.

Do zobaczenia na szlaku.

Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawicie komentarz pod postem.

3 komentarze:

  1. Wspaniały opis, dokładnie tak było, nic bym nie dodała ani ujęła. Toni jak zwykle rewelacyjnie to opisał. Dziękuję że mogłam przeżyć to raz jeszcze. ☺��

    OdpowiedzUsuń
  2. Toni jesteś rewelacyjny :) Ten zapis to kwintesencja tego co się działo w niedzielę podczas wyprawy :) Dziękuję :) Z niecierpliwością będę oczekiwać następnych zapisów po kolejnych wspólnych wyprawach :) Lajkuję to :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Piękne!! Pod wpływem tego opisu przeniosłam się do stycznia 2010 gdy idąc niewydeptanymi trasami z Szyndzielni, przez Klimczok i dalej schodząc w Mesznej, miałam wrażenie, że znalazłam się w Narnii. Góry zimą sa piękne! Ale... siedząc sobie tu, w Czechowicach, gdzie ani grama śniegu jeszcze niet, nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak wygląda obecnie tam, wyżej :)
    Plus te opisy, Toni.... uwielbiam je (zupa cebulowa...) bo one nie tworzą z Twoich postów suchych relacji, tylko żywy obraz :)

    OdpowiedzUsuń

Twój komentarz jest dla mnie bardzo ważny. Dziękuję.