sobota, 11 października 2014

22/2014 z cyklu: Ja i mój rower. Z Wisły na Przysłop.


Tysiąc co prawda osiągnięty, ale pogoda taka ładna, że grzechem by było nie wyjechać gdzieś w trasę.
Już tydzień temu, kiedy dopisała pogoda, zaplanowaliśmy kolejny wyjazd.
W tygodniu formalnie potwierdziliśmy chęć wyjazdu i dziś startowaliśmy z rynku w Wiśle.
Podgląd trasy.
Niby koniec sezonu ale pogoda wymarzona, obowiązków koło domu coraz mniej więc i frekwencja chętnych osób dziś dopisała.
Wyruszyliśmy w rekordowej ilości osób naszej grupy. 6 osób!


Cieszy mnie to bardzo, bo zapowiada się dobry kolejny sezon, po zimie, która mam nadzieję nie będzie zbyt długa i będę mógł pobić swój 1000km.
Zgodnie z zamiarem jechaliśmy asfaltem... no, może nie licząc wału przy rzece, gdzie jechało się po żwirze.
Ale Marek dał radę



Marek by nie dał rady?
Pamiętacie Marka? To ten sam, który zjeżdżał... no dobra schodził, do Filipki po kamieniach a później brodząc w błocie nadal pozostawał czysty. Jechał na 24mm łysych oponach.
Być może zechce mnie "zabić" za to, że tu o nim piszę, ale to się nazywa mieć chęci.
Nie ma, że boli, a wierzę, że czasami mogło boleć.



Naszą nową towarzyszką wycieczki była Natalia. Jak wczoraj pisaliśmy na FB pisała, że ma "tylko zwykłego Krossa".
Myślicie, że to ma znaczenie?
Odpowiedź znacie.
Bez marudzenia z kondycją maratończyka wjeżdżała z nami 6km podjazdem.

W zasadzie podjazd zaczął się już od centrum.
Po drodze nie mogliśmy nie zatrzymać się przy Wiślańskiej Niagarze.


Znowu korzystałem z 10s samowyzwalacza, którego drogocenny czas zabrał mi poślizg na błocie.
Jak widać zdążyłem.
Kolejnym przystankiem nie do pominięcia była zapora.


Później kierowaliśmy się cały czas jadąc wzdłuż Czarnej Wisełki.
Niestety nikomu nie udało się uchwycić spadających, jak deszcz, liści.


Kolorystyka i piękna słoneczna pogoda wprawiała nas w zachwyt.


6 km nie stromego podjazdu wypedałowaliśmy w zasadzie bez większego trudu.


Tylko ostatni odcinek, jakichś 800m kamienistej drogi trzeba było pokonać albo bardzo powoli, albo prowadząc, ale dotarliśmy na Przysłop.


Ta Barania Góra kusząca, ale ze względu na nie terenowych uczestników, nawet nie odważyłem się proponować.
Zaparkowaliśmy swoje okazałe pojazdy i poszliśmy sprawdzić co dobrego oferuje kuchnia w schronisku.


Smaczne dania to tam może były, ale cenowo pobili chyba wszystkie możliwe schroniska.
Nie oparłem się pokusie i zajadałem się drożdżowym ciastem, czy bardziej kołoczem z jabłkami, za jedyne 12 zł.
Czasu mieliśmy dość, więc spokojnie siedzieliśmy lub staliśmy uwieczniając to fotką.


Zanim ruszyliśmy w dół nasze koszulki zdążyły wyschnąć.
Widoków poza drzewami nie było, więc czas wypełniliśmy pogaduchami.

Przed nami powrotna droga tą samą trasą, a to oznaczało dla niektórych zejście, nie zjazd.
Oczywiście z wielka przyjemnością zjechałem po wyboistej drodze, gdzie niżej czekając na pozostałych delektowaliśmy się jesienią.


Prawda, że jak namalowany obraz?
Ale serio tam byliśmy.


W tym miejscu trasa dzieliła się na pieszą i rowerową, które się następnie ponownie łączyły.


Być może bym na to nie wpadł, ale nasz najmłodszy uczestnik, który uwielbia, bardziej ode mnie, zjazdy, stwierdził, że jedzie tym, jak się okazało dość karkołomnym zjazdem, czyli pieszą ścieżką.
W żadnym bądź razie wjazd pod tę górę jest niemożliwy, ze względu na usłany kamykami i kamieniami szlak, ale zjazd jak najbardziej rewelacyjny.
Młody poszedł jak burza. Pełen energii i jak widać doświadczenia w takich terenach już za pierwszym zakrętem zniknął mi z oczu.
Mam nadzieję, że nabierze trochę rozumu i zacznie jeździć w kasku.

Inni woleli spokojną jazdę ubitym szutrem a następnie znowu asfalt.


Kawałek dalej wg planu nasze drogi się spotkały, a ja przez swoją nieuwagę i błoto, pomimo krótszej drogi, dojechałem ostatni.
Stąd już mniej więcej jechaliśmy razem, wykorzystując w miarę możliwości asfaltowy zjazd by sprawdzić maksymalne osiągi.
W miarę możliwości, bo turystów dziś spotkaliśmy sporo.


Po drodze pożegnaliśmy Ewę i Davidem, którzy mieli już do domu niedaleko.
Wraz z Marcinem Natalią i Markiem postanowiliśmy skorzystać z tego, że nadeszła pora obiadowa.


Kolejna udana wycieczka (30km) w bardzo miłym towarzystwie.
Dziękuję wszystkim za mile spędzony dzień i oby ta pogoda pozwoliła nam jeszcze gdzieś razem wyjechać.
A jak nie, to przeczekać zimę i znowu  oby do tysiąca, albo jeszcze więcej, mając tak zgraną paczkę.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Twój komentarz jest dla mnie bardzo ważny. Dziękuję.