poniedziałek, 29 września 2014

20/2014 z cyklu: Ja i mój rower. Trójbeskidzki przejazd (nie tylko) asfaltem.


Pobudka 6:10.
Na termometrze zaledwie 3°C
Dość odstraszające dla rowerowej wycieczki.
Jeszcze wczoraj do południa deszczowo i potwornie zachmurzone, ale po południu pojawiła się nadzieja w postaci słońca, że prognoza na foreca.pl sprawdzi się.
Wycieczka zaplanowana z myślą o osobach z grupy na FB, którzy mieszkają bliżej Bielska-Białej niż często wykorzystywanego punktu startowego w Lesznej Górnej.
Nie wszyscy mają możliwość przetransportowania, siebie wraz z rowerem, samochodem.
Ponieważ ja tę możliwość mam, wyjechałem około 8:30 do Wapenicy na parking przy zaporze.

Nigdy w życiu tu nie byłem, więc "poprosiłem" moją Nokię by mnie tam zaprowadziła. Wybrała przejazd przez Leszną Górną, potem Ustroń, Górki Małe i Wielkie. Straszne dziury!
Gdybym znał dokładne miejsce startu pewnie jechałbym zupełnie inną trasą, ale tym sposobem odkryłem ciekawą trasę do Bielska, która można by kiedyś wykorzystać na rowerze, tak by ominąć główne drogi.
Na miejsce zbiórki przyjechał tylko Marcin. Ambitnie postanowił, że dziś bez samochodu, co automatycznie wydłużyło mu dzisiejszą wycieczkę o 19km.

Napisałem tylko, ale nie w sensie, że nie odpowiadało mi jego towarzystwo, bo wręcz przeciwnie i cieszę się, że wreszcie spotkałem podobnego zapaleńca do górskiej jazdy.

Stwierdzenie "tylko" można odebrać jako pewnego rodzaju rozczarowanie, że kilkanaście osób w odpowiedzi na wcześniejsze nasze propozycje wycieczek odpowiadało, że gdyby było bliżej ich miejsca zamieszkania, to pojechaliby, nie pojawił się nikt z tej okolicy.
No trudno.
I wcale to nie moja szkoda ale tych, którzy nie pojechali.
Pogoda pomimo porannych 3 stopni była prześliczna. W końcu mamy prawdziwą jesień.
Już rano patrząc przez okno, zachwycałem się oświetlonymi słońcem, różnokolorowymi pagórkami.

Czekaliśmy cierpliwie do godziny 10-tej, patrząc na mapę, czy by ewentualnie nie zmienić trasy na być może ciekawszą opcję i bardziej górską.
Zdecydowaliśmy jednak, że pozostaniemy przy pierwotnym planie i pojedziemy asfaltem, bo również z myślą o tego typu rowerzystach była dziś zaplanowana nasza wycieczka.
Podgląd trasy.

Uwieczniliśmy miejsce startu


i wyruszyliśmy w kierunku Straconki. Staraliśmy się omijać główne drogi, ale w Bielsku to nie łatwe.
Jako cel obraliśmy wg planu wyjazd pod Przegibek(685m).
Zanim jeszcze zaczęliśmy 6km podjazd zauważyłem wcześniej, że mój licznik postanowił się zbuntować i nie liczyć przejechanych kilometrów.

Na własnej skórze znowu mogłem się przekonać, co oznacza powiedzenie:
"złośliwość rzeczy martwych".
Zostało na prawdę niewiele do osiągnięcia 1000 na wyświetlaczu. Według licznika Marcina, zostałem okradziony o 7km! Ale po przetarciu styków już było OK.

Jechaliśmy asfaltem w sumie po dość ruchliwej drodze. Wyglądało na to, że nie tylko my obraliśmy ten kierunek, bo poza samochodami mijaliśmy (albo oni nas) licznych motocyklistów i rowerzystów.

Niespodziewanie, ku mojemu zdziwieniu, byliśmy na miejscu.
Niepozorne miejsce z wieloma samochodami na parkingu jak i wzdłuż drogi. W sumie nic dziwnego, ponieważ ludzie chętnie wykorzystują to miejsce do startu niebieskim szlakiem np. na Magórkę.
Trasa chyba jednak nie dla nas, ponieważ z nabytych informacji wynika, że rower trzeba by było pchać. Może kiedyś.

Było bardzo słonecznie i ciepło. Nie wahaliśmy i zdejmując spocone koszulki i warstwy pod nimi pozwoliliśmy im wyschnąć.


Czas odpoczynku jak również też posiłku, bo kto wie, kiedy spotkamy kolejne odpowiednie miejsce.
Znowu nie mieli lubianej przeze mnie zapiekanki
Poza czekoladą na gorąco (cukier) wybrałem placki.
Marcin stwierdził, że pewnie dobry wybór i nie mylił się.



Zawsze upewniam się, czy zdjęcie zostało właściwie zrobione, bo jak wiadomo, bywa różnie.
Po chwili zajadaliśmy pyszne placki wraz z sałatką.



Dopiliśmy czekoladę i kawę i po ubraniu odpowiedniej warstwy zjeżdżaliśmy w dół do Międzybrodzia Bialskiego.
Pomimo, że było na prawdę ciepło i słonecznie, to kurtka była dobrym wyborem, bo dochodziliśmy do 60km/h.
Przed nami kolorami, świetnie się prezentowała góra Żar.


Jadąc w kierunku zapory, Jezioro Międzybrodzkie widzieliśmy początkowo gdzieś tam za drzewami.
Kawałek dalej wykorzystaliśmy jakiś zjazd by chociaż na chwilę zbliżyć się do wody.


Spokój, cisza. Dość szerokie koryto rzeki Soły z malowniczymi okolicami, gdzie prawie znad głowy startował samolot holując szybowiec. Też zapewne zachwycał się pięknem jesieni z lotu ptaka.


Ponieważ nie było z nami ani trekowców ani szosowców, ciut zmodyfikowaliśmy trasę (nie po raz ostatni dziś) i jechaliśmy jakiś czas wzdłuż rzeki po drobnych kamykach.


Jechało się dużo ciężej niż po asfalcie, ale pewnie zdążyliście zauważyć, że lekko nie oznacza dla nas przyjemnie.

Niestety musieliśmy opuścić nabrzeże i kontynuując dojeżdżaliśmy do zapory.


Miejsce zjazdu motocyklistów wszelkich możliwych typów (motorów).
A widoki jak z pocztówki.





Jadąc dziś, nie raz stało się, że wyprzedzał nas ktoś na rowerze szosowym.
Lekki, wąskie opony, to i szybkość większa, ale i tak nie było nam smutno z tego powodu.
Jadąc teraz chwilę po brukowanej drodze mijaliśmy dwóch takich, którzy wrzeszcząc wniebogłosy, ubolewali nad swoimi częściami ciała najbardziej narażonymi na wstrząsy
Wywołało to uśmiech na naszych twarzach i potwierdzenie, że właśnie dlatego lubimy rowery górskie.
W zasadzie podjazdy mieliśmy już za sobą, aczkolwiek droga była przyjemnie zmienna.


Czyli raz z górki raz pod górkę, kiedy to dość często udawało się wykorzystać rozpęd do lżejszego pokonania chociaż jakiegoś odcinka, czasami męczącego podjazdu.
Stopniowo oddalaliśmy się od Jeziora Żywieckiego powoli kierując się do punktu końcowego.
Wykorzystując wcześniej przygotowaną mapę w eTrexie umiejętnie kręciliśmy się mniej ruchliwymi drogami. Trasę często obieraliśmy na podstawie tej wyznaczonej, ale też dzięki znajomości terenu, przez mojego towarzysza podróży.
Ja bym pewnie przeoczył, bo schowany na pagórku za bujnymi drzewami.


Stary, duży drewniany kościół w Łodygowicach.
Stąd nadal po asfalcie i niestety kawałek dalej nawet po głównej drodze. Nie dało się tego uniknąć (chyba) ale trzeba ją było gdzieś przeciąć. Do tego wykorzystaliśmy pierwszy możliwy skręt, gdzie jakaś, chyba niedawno utworzona ścieżka rowerowa doprowadziła nas do przyjemnej, wąskiej ale ciągle asfaltowej dróżki wzdłuż rzeki Żylicy.
Wcale nam nie przeszkadzało, że skończył się asfalt.



Wokół przyroda, brak samochodów i trochę w oddali góry.
Ten odcinek wcale nie był przypadkowy.
Planując tę trasę, wiedziałem, że nie będzie asfaltu.
Nawet gdyby jechał z nami jakiś asfaltowiec, myślę, że też dałby radę. Nie brakowało tez kilku miejsc z blotkiem
Dało się jednak przejechać bez maseczki na twarz.
Znowu jechaliśmy, tym razem mało uczęszczaną, asfaltową drogą. Nadal prowadził nas czerwony rowerowy szlak. Stąd rozpościerały się również piękne widoki.
Z jednej strony "zapomniany" Stalownik na zboczu Łysej Góry


a z drugiej strony Skrzyczne z idealnie pasującym, do widoku, kościołem.


Zbliżaliśmy się coraz bardziej do centrum i ruchliwych ulic.
Teoretycznie mieliśmy dobry czas, a Marcina ciągle kusiło podjechać jeszcze jakąś górkę.
Wybór już wcześniej padł na Dębowiec.
Nie wiem czemu, ale pomysł mi się nie podobał. Właściwie to wiem. Byłem zmęczony.

Jak zwykle w chwilach kryzysu sił, motywowały mnie słowa: Dasz radę!
Uległem i nie żałuję.
Już na początku ustaliliśmy, że skoro parkuję tak blisko zapory w Wapienicy, to na sam koniec podjedziemy tam, bo niedaleko i również po asfalcie.

Ze względu na Dębowiec pojawiła nam się jakby lepsza opcja.
Na przepełnionym parkingu pod Dębowcem skończył się asfalt i dobrze, bo pewnie "leniwi" turyści wyjeżdżaliby na samą górę autem.
Przy schronisku i tak było mnóstwo ludzi. To spowodowało, że bez większego postoju jechaliśmy rodzajem trasy, jaki "tygryski" lubią najbardziej.


Tu bez maseczki na twarz się nie obyło. No i ku "radości" mojej drogiej żony mogła znowu włączyć pralkę.


Trasa nie oznaczona, ale dla znających okolicę idealna opcja by dostać się do zapory w Wapienicy.
Jechało się spokojnie, ponieważ w zasadzie objechaliśmy w jednym poziomie górę Cyberniok.

Dojechaliśmy do asfaltowej drogi prowadzącej z parkingu na zaporę.
Plusem okazał się fakt, że mieliśmy bliżej na zaporę niż na parking.
Po dużej ilości samochodów na parkingu już rano jak i teraz spotykanych turystach było pewne, że miejsce dość popularne.
Przypomniało mi się pytanie z j.polskiego

Jestem głodny - jaki to czas?Odpowiedź: Najwyższy! ...na posiłek

W Krzywej Chacie na zaporze mieli zapiekankę.
Zanim doczekałem się w kolejce, nad zaporą zachodziło słońce.



Dzięki koledze mogłem to chociaż na zdjęciach zobaczyć.
Wypiliśmy po litrze pepsi i zjedliśmy zapiekanki podziwiając jednego z najpiękniejszych psów na świecie.

Jack Russel. 3 miesięczny szczeniak o imieniu Fanta.
Odpoczynek umililiśmy sobie rozmową, nie tylko o psach, z jej właścicielką, która zdradziła nam, że w domu posiada dwie kotki o imionach Cola i Pepsi.
Jeśliby miała pieska to pewnie nosił by imię Sprite.

Wejście na zaporę było zamknięte z jakiegoś powodu, ale mimo wszystko pokusiłem się o próby ujęcia.


Na parking zjeżdżaliśmy jak zwykle szybko, ale z uwzględnieniem pieszych.
O godz. 17:30 na liczniku naszych rowerów uzyskaliśmy 66km wynik.
Dziękuję bardzo Marcinowi za towarzystwo i dodawanie otuchy, kiedy opuszczały mnie siły.
Trasa była o tyle ciekawa, że tak jak nazwałem tego posta, przejechaliśmy przez 3 Beskidy. Śląski, Niski i Żywiecki.

Zostało mi naprawdę nie wiele do okrągłej cyfry, a gdyby nie ukradzione 7, było by jeszcze mniej.
Nie szkodzi.
Siły zregenerowałem więc mogę jechać w najbliższy weekend na wycieczkę na zakończenie sezonu.
Oby tylko dopisała pogoda.


1 komentarz:

  1. Byłam w tych wszystkich miejscach ale raczej samochodem :/ Zawsze przerażał mnie wyjazd na Przegibek; nie dość, że non stop górka, to jeszcze niezbyt bezpiecznie-nie zrobiono by błędu, robiąc tam jakąś małą ścieżkę rowerową- chociaż i tak już naokoło karczuję bezlitośnie te drzewa....
    Przegibek znam z czasów "dziecięcych" :d Jeździło się tam ('maluchem')na niedzielną wyprawę i siedząc w Gawrze, jedząc frytki i liżąc lody, człowiek widząc spoconego rowerzystę, zastanawiał się, co go podkusiło, żeby w upale i takiej niewygodzie (dla mnie wystarczającą niewygodą jest jazda pod górkę) zasuwać tą trasą. ;p

    Międzybrodzie jest świetne- widoki nad wodą rewelacyjne. Co do tras, mnie bardzo zaskoczyła trasa wokół Bielska- np. jedziesz sobie normalnie, cywilizowaną przestrzenią, a tu nagle las :) W środku miasta, obok osiedla, wjeżdżasz i tak jedziesz i jedziesz wśród zielonych ścian :) I na odwrót: środek miasta a tu kury piejo i koniki hasają :)
    Rower jest super. Definitely.

    OdpowiedzUsuń

Twój komentarz jest dla mnie bardzo ważny. Dziękuję.