niedziela, 31 sierpnia 2014

18/2014 z cyklu: Ja i mój rower. Z Wisły na Trójstyk.


Nie macie pojęcia jaką mam radość z tego, że w końcu nie muszę jeździć sam.
Jazda w grupie jest o wiele przyjemniejsza i ciekawsza.

Tworząc na FB grupę, miałem nadzieję, że w końcu uda mi się poznać ludzi o podobnych zainteresowaniach i pasjach.
Grupa się rozwija i przybywa członków, ale najfajniejsze jest to, że w chwili obecnej choć nielicznie, tworzymy zgraną ekipę o podobnym podejściu do górskich wyjazdów.
Nie jedziemy pod górę na granicy naszych sił, ale często odpoczywamy delektując się wspaniałymi widokami.

Wycieczkę na Trójstyk granic PL-CZ-SK zaproponował Marcin.
Oby tak szło dalej, że bez sprzeciwu przystaliśmy na ten pomysł.
Jak zwykle cały tydzień obserwowaliśmy prognozę pogody, która początkowo niezbyt sprzyjająco, ale w ciągu tygodnia dawała jakieś nadzieje na słoneczną wycieczkę.
Nasz wyjazd pomimo niepewnych prognoz wspieraliśmy naszym hasłem:
Damy radę!
Do Wisły zjechaliśmy się z rowerami wpakowanymi w bagażniki samochodów.
Według planu zjawiliśmy się na rynku Wisły przy fontannie (pl.Hoffa) o godz.9:30.


Było nas czworo i czekaliśmy do samiutkiej 10-tej na resztę deklarujących przybycie.
Właśnie dzwony pobliskiego kościoła poinformowały nas, że czas wyruszyć.
Nikt więcej nie dotarł, a już teraz mogę powiedzieć:
Niech żałuje!
Ruszyliśmy. (Ślad wycieczki z zaznaczonymi punktami).
Jadąc wzdłuż Wisły trasą rowerową kierowaliśmy się w stronę zapory.
Po drodze nie można było nie zatrzymać się przy wodospadzie.


Miejsce bardzo popularne, ale nic dziwnego.


Wspaniały widok, aż zapragnąłem sprawdzić, jak to wygląda wyżej.
Przy zejściu z powrotem kosztowało mnie to skręconą kostką, ale w jeździe nie przeszkadzała.
Dzięki temu widokowi chyba nie bolało.


Stopniowo rozgrzewaliśmy się i to nie dlatego, że świeciło nam słońce.
Do Wisły Czarne ciągle pod górkę, ale przecież nie oczekiwaliśmy na początku wycieczki, że będzie lekko.
Na zaporze obowiązkowo sesja zdjęciowa.


Robiąc zdjęcia chcieliśmy w tle zamek, koło którego obraliśmy kierunek.
Brak odpowiedniego miejsca na postawienie aparatu nie pozwolił na uchwycenie jeziora Czerniańskiego.



Z jednej strony jezioro, a z drugiej widok na Czantorię.


Wielokrotnie dziś wykorzystałem w swoim aparacie 10s samowyzwalacz.
Ustawiałem w odpowiednim miejscu na wykopanym z gratów stojaczku i biegłem by zamiast pozowania nie było przypadkiem ujęcia moich pleców. Ale trening czyni mistrza i po czasie już nie biegałem, bo zdziwilibyście się jak długie może być 10 sekund.


Dojazd do Zameczku męcząco pod górkę, więc z chęcią skorzystaliśmy z planowanego krótkiego postoju przy Zamku dolnym. Rezydencja prezydenta RP jest troszkę wyżej.

Nie byłem jedynym fotografem tej wycieczki, więc dzięki ujęciu Ani, kilkanaście godzin później zastanawiałem się co myśmy tam robili.


Sądząc po uśmiechach ktoś mógłby posądzić nas o dokuczanie Tomkowi, ale prawda była taka, że Ania złapała nas w momencie, kiedy dzieliłem się cukrem gronowym.
Przy podjazdach pod górę najwięcej energii da właśnie cukier, którego zjadamy dość dużo w różnej postaci.
Droga asfaltowa, wygodna do jazdy. Tylko często przejeżdżające samochody psuły nam leśną atmosferę.
A jak las to i grzyby. Tomek bacznie rozglądał się w poszukiwaniu jakiegoś wśród otaczających nas buków.
No i wypatrzył...


... podszywającego się pod grzyba, liścia.

Na Przełęczy Szarcula mnóstwo turystów.
Lenie!
Samochodami się wywieźli, niektórzy nawet rowery na samochodach mieli, a potem się chwalą, że w góry na rowerze jechali.
Pozdrawiając odpoczywających jechaliśmy na Kubalonkę.


Znaleźliśmy odpowiednie miejsce na kilkanaście minut odpoczynku i posilenia się.
Nie mogłem sobie odmówić oscypka, po którym jadłem pyszną czekoladę.
Słone na przemian ze słodkim - kogoś to dziwi?
Chłopaki trasę znali dobrze, ale nigdy nie zaszkodzi jeszcze raz przyjrzeć się mapie.


Do Kubalonki trochę wysiłku było, a teraz czekał nas zjazd do Istebnej.
Jechaliśmy główną drogą, czasami kręcąc głowami nad popisującymi się, nie wiadomo przed kim, kierowcami samochodów czy tez motocykli.
Droga do Istebnej to nie tylko z górki, gdzie próbowaliśmy łamać swoje rekordy prędkości.


Zobaczyliśmy przed sobą znak informujący o 8% podjeździe.
Myślicie, że nas to zmartwiło?
Wręcz przeciwnie. Po wycieczce w zeszłą niedzielę, gdzie podjazd pod Łączkę miał 18% wiedzieliśmy, że to dla nas pestka.
Czasami odpoczywając stopniowo zbliżaliśmy się do Jaworzynki podziwiając otaczające nas widoki.

Często powtarzam, że nagrodą po trudnym i męczącym wyjeździe pod górę jest późniejszy zjazd.
Dalej podtrzymuję to twierdzenie z tym, że nie tylko.
Jechaliśmy pod górę Wawrzaczów Groń. Niezbyt wysoki bo raptem 687m ale pod samym szczytem coraz bardziej stromo, a w dodatku szlaban przez drogę, który da się objechać, ale trzeba się dobrze wysilić pokonując nierówność terenu.
Zgodnie z naszym hasłem dałem radę!
Skoro pokonałem objazd szlabanu postawiłem sobie kolejne wyzwanie by wyjechać na sam szczyt, na którym już czekał Tomek.


Łapałem oddech, który wziął mi nie tyle wyczyn samego wyjazdu, ale to co zobaczyliśmy wokół siebie.


Oko ludzkie nie jest w stanie ogarnąć piękna przyrody, a co dopiero aparat.
Udało mi się to utrwalić tworząc zdjęcie panoramiczne, ale nic nie odda przyjemności bycia tam.
Dzięki nowemu sposobowi udostępniania śladu wycieczki, mogłem zaznaczyć bez problemu nazwy otaczających nas gór. (Klikając na mapie fioletowe chmurki pokaże się wam nazwa.)


Musiałem je tu dać wszystkie, bo byłem w wielu pięknych miejscach na ziemi,
a to należy do jednego z najpiękniejszych.


Nawet gdyby się nam nie chciało odpoczywać, to w takim miejscu jeszcze lepiej zajada się kolejne kawałki czekolady i inne smakołyki.


To nie był koniec naszej wycieczki, ale i tak dziękuję naszemu przewodnikowi, że zahaczył o ten zakątek.

Zmierzaliśmy na polsko-czesko-słowacki Trójstyk, do którego już nie było daleko i z górki.
Był tak niedaleko, że musiałem nieźle się napocić, by wyhamować w polu mijając zjazd.


Idealne miejsce na różnego rodzaju pikniki.
Ciekawym ale faktem jest, że po czeskiej i po słowackiej stronie są daszki z ławeczkami, ale Polacy chyba stwierdzili, że to wystarczy.

Tak czy inaczej miejsca wystarczająco by pomieścić tłumy przyjeżdżające nawet autokarami.
Na drogę powrotną zaplanowaliśmy tak by ominąć główną drogę.
Usilnie namawiałem abyśmy jechali bocznymi wspominając moje męczarnie podczas powrotu z Pikniku Rowerowego w czerwcu.
Droga dłuższa, ale przyjemniejsza i nie zawsze według planu.

Zaraz przy wyjeździe przez Trzycatek w Jaworzynce nastąpiła reperacja jednego z naszych pojazdów. Zaklinowany łańcuch pomiędzy zębatką i ramą.
Marcin już szykował odpowiednie narzędzia by zdemontować pół roweru, ale Tomek chyba stwierdził, że jak weszło musi też wyjść
Delikatnymi ruchami spowodował, że rower było gotowy do kontynuowania wycieczki.

Po głównej jechaliśmy tylko chwilę, bo szlako rowerowy skręcał w prawo. Dość nieoczekiwanie i to w miejscu gdzie najchętniej korzystało by się z rozpędu z górki.
Po rozwianiu wątpliwości jechaliśmy wg oznaczeń na drodze, ale po chwili pojawiła się kolejna wątpliwość, kiedy droga skręcała w prawo.
Wyglądało na to, że zaprowadzi nas z powrotem do Jaworzynki.
Dzięki bawiącym się dzieciom (i młodszej młodzieży), którzy bardzo chętnie skonsultowali z nami drogę na podstawie mapy, jechaliśmy dalej.
Wąska asfaltowa droga wiła się pomiędzy polami i zabudowaniami.
Za chwilę już nie było nam żal, że skręciliśmy z drogi, która tak dobrze jechało się z górki.
Teraz po raz kolejny pochylając się maksymalnie nad kierownicą, by złapać opór powietrza zjeżdżaliśmy z maksymalną możliwą prędkością.
Znaczy się... Tomek i ja.
Ania z wrodzoną kobiecą ostrożnością wolała mieć prędkość pod kontrolą, a Marcin, ponieważ tego dnia zbyt intensywnie używał hamulców, zaczęły mu odmawiać posłuszeństwa, więc zapewne z wielką przyjemnością towarzyszył Ani.

Jechaliśmy zielonym rowerowym szlakiem wzdłuż wijącej się rzeczki Czadeczka.
Na którymś z rozgałęzień mieliśmy opuścić oznakowaną ścieżkę, ale nie zrobiliśmy tego więc kontrolowaliśmy mapy tak, by nie wyjechać z powrotem na główną drogę.
Być może najlepszym wyjściem było by zawrócić do właściwej trasy, ale wtedy nie skorzystalibyśmy z okazji by zrobić dowcipne zdjęcia.



Trochę mieliśmy obawy, że nadchodząca młoda kobieta za chwilę zatrudni nas do zwożenia tych snopków, ale przeszła bez słowa, pewnie skrępowana naszą rozgadaną ekipą.
Bardzo przyjemna okolica i przyjemni ludzie. Mijane czasami dzieci witały nas z uśmiechem na twarzy.
Wieś. Wydawało by się, że miejsce ciągłej harówki, ale jak można było zauważyć, ludzie potrafili znaleźć czas na odpoczynek.
Kawałek dalej mapa w moim urządzeniu źle obliczyła odległość i musieliśmy zawrócić do ścieżki poniżej.

Jak zwykle z Tomkiem mieliśmy mały naskok i po chwili bez większego namysłu widząc przed sobą pole i nieznacznie wydeptaną ścieżkę, jechaliśmy dalej.
Zadzwonił telefon.
Marcin po konsultacji z miejscowymi twierdził, że tam gdzie jedziemy nie ma drogi i nigdzie nie dojedziemy.
Zarówno ja jak i Tomek widzieliśmy na naszych mapkach, że chociaż w terenie nie bardzo to jednak prowadzi tędy jakaś dróżka.
Ponadto rozglądając się bardziej zauważyliśmy, że nieopodal widać jakąś drogę.
Zapewniając wahających, że Damy radę! nie zawróciliśmy.


W oczekiwaniu przetestowałem zjazd przez łąkę. Poinformowałem Tomka, który czekał na górze, że zjazd zupełnie możliwy. Za chwilę widząc nadjeżdżających Anię i Marcina dołączył do mnie.



Jazda po lekko podmokłym terenie przypomniała nam przeżycia Marka przed tygodniem.
Ale i tym razem wszyscy dojechali bez uszczerbku na zdrowiu swoim i rowerów.


Zgodnie z naszym zapewnieniem dojechaliśmy do drogi.
Zupełnie nie planowanie ale o tyle przyjemniej, że leśnej i trochę z błotkiem, które tak bardzo lubimy.
Początkowo leśną znowu przy rzeczce Czadeczka dojechaliśmy do asfaltowej przejeżdżając koło Leśniczówki.
Było pewne, że wybór trasy był znakomity.


Powtórzę się po raz kolejny, że wdychaliśmy otaczającą nas przyrodę całym sercem.


Wyśmienicie udało nam się ominąć główną drogę z Jaworzynki do Istebnej.
Dłuższa, ale mniej męcząca, co można było zauważyć po naszym stylu jazdy.




Wbrew pozorom stromy odcinek, który za chwilę doprowadził nas do planowanej przerwy na konkretny posiłek.


Z Anią zamówiliśmy sobie pizzę serową, która z w powodu braku jednego z serów była wzbogacona pieczarkami. Jednogłośnie przystaliśmy na ten zamiennik, czym odkryliśmy nowy rodzaj serowo -pieczarkowej pizzy.
Marcin z Tomkiem zajadali się (bodajże) beskidzką, w której pysznie wyglądająca sałatka kusiła mój widelec.Oczywiście powstrzymałem go.

Pogoda wbrew groźbom meteorologów dopisała. Godzinna przerwa, przy już po trochu chowającym się słońcu musiała się skończyć. Przed nami jeszcze około 20km.

Z entuzjazmem i mimo wszystko brakiem poczucia zmęczenia ruszyliśmy ulicą w dół.
Dobrze, że nie byłem przewodnikiem, bo znając swoje rozpędy na pewno przejechałbym skręt w prawo przy Chacie Kawuloka. Ostre i niespodziewane hamowanie załatwiło nas do tego stopnia, że krążąc przed skrętem wrzucaliśmy odpowiedni bieg, bo przed nami była jazda pod górkę.

Jadąc przez Istebnę Zaolzie kierowaliśmy się na Stecówkę.


Tabliczka, która wskazuje Marcin informowała nas o "Bardzo trudnej trasie górskiej".
Nie mam pojęcia jakimi zasadami kierują się oznaczając trasy, ale ktoś tu lekko przesadził.
Z drugiej strony może nawet lepiej, że nastawią cię na trudność, a my potem możemy stwierdzić, że mamy dobrą kondycję. Trasa asfaltowa, która jednak nie zupełnie bez wysiłku, ale przyjemna leśna i zmienna.



Trasa raz z górki raz pod górkę z częstymi zakrętami i licznymi widokami, wśród których widzieliśmy, że chociaż z czasowym poślizgiem, to jednak prognozy meteorologów się sprawdzały.
Nadciągały chmury.


Nie śpieszyliśmy się jednak.
Wiedzieliśmy, że nawet gdyby to mały deszczyk, który może nas dogoni, a może nie, nie będzie nam straszny.
W miejscach z których przyjechaliśmy już padało.


Dojechaliśmy do Stecówki.


Tu pozakładaliśmy (niektórzy) kurtki bo przed nami, długi, kilkukilometrowy zjazd.
Poza mijanymi turystami, po drodze trzeba uważać na być może zamknięty szlaban, tuż przed ostrym skrętem.
Przodujący w zjazdach Tomek informował, że jest w dodatku koloru zielonego, co obniża jego widoczność.
Tym razem był otwarty. Nawet nie zauważyłem, że obok niego przejechałem.
Do tego miejsca był to szybki zjazd, gdzie znowu zerkaliśmy na prędkościomierze.
Tego dnia, już nie pamiętam dokładnie na którym odcinku moim rekordem (zauważonym) było 75km/h.

Kontynuowany zjazd już nie był tak stromy, ale i tak musieliśmy w niektórych miejscach porządnie testować nasze hamulce zbliżając się do schodzących pieszych.
Większość z nich z głową na karku usuwała się bezpiecznie na krawędź drogi, ale zawsze trzeba się liczyć z takimi jak jedna para, z których jeden chciał w prawo, druga w lewo.

Dojechaliśmy do skrzyżowania, na którym rano skręcaliśmy w kierunku Zameczku.
Zrobiliśmy ładną pętlę. Wspominana zgodność stylu jazdy i wyboru tras przyjemnie się potwierdzała.
Powrót tą samą trasą nie był by już tak ciekawy.

Nie licząc krótkiego odcinka do zapory, znowu zmieniliśmy trasę by nie jechać ta samą.
Marcin ponieważ hamulce już były nie do użycia, ostatnie zjazdy, takie jak ze Stecówki, przemierzał z bezpieczną prędkością.
Hamulce nie powstrzymały go jednak przed zrobieniem, chyba nie tylko mi, przyjemności z terenowego zjazdu z drugiej strony zapory.
Leśną kamienistą i wyboistą drogą dojechaliśmy przez małe błotko,
do brukowanej, która następnie połączyła się z drogą do Centrum. Jak dla mnie idealne zakończenie świetnych podjazdów i zjazdów.

Podsumowując, chociaż chyba niekoniecznie, stwierdzam, że kolejna udana wycieczka.
Prawie 9 godzin w trasie, niespełna 12 godzin poza domem, świetna ekipa, dobre humory...

Czegoś brakuje w podsumowaniu?
Owszem.
Żałujcie, że nie jechaliście z nami.
Na pocieszenie mogę was zapewnić, że jeszcze będzie nie jedna okazja.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Twój komentarz jest dla mnie bardzo ważny. Dziękuję.