sobota, 23 sierpnia 2014

16/2014 z cyklu: Ja i mój rower. Nydek-Wrozna-Trzyniec


Dziś postanowiłem kontynuować trasę od miejsca gdzie skończyłem ostatnio, czyli pod Ostrym w Nydku.
Nie jechałem bezpośrednio pod Ostry, ale wybrałem drogę przez Nydek Gora.
Kręta asfaltowa droga do najdalej położonej części Nydku.
Jazda przyjemna, niezbyt stromo, a czasami nawet z górki.
Gdybym wybrał bezpośredni dojazd trasą, którą ostatnio wróciłem do domu, to musiałbym pokonać na rozgrzewkę niezłą górkę.
Podgląd trasy.
Dotarłem pod Ostry i kierowałem się dalej trasą 6086.
Ten kto zaplanował te trasę ma moje uznanie. Trasa 6086 jest dość długa, ale ten dzisiejszy odcinek podobał mi się najbardziej.
Zaryzykuję stwierdzenie, że to najlepsza trasa jaką dotąd jechałem.
Urozmaicona w zjazdy i podjazdy i chociaż w wielu miejscach piękne widoki zasłaniały gęsto porośnięte drzewa to jazda utwardzoną drogą sprawiała mi przyjemność.
Trasa okrążała Mały Ostry.
Dojechałem do skrzyżowania


gdzie trasa 6086 kierowała się prosto, ale dzięki rodzince na rowerach, która wyjechała z zielonego szlaku, postanowiłem jechać tam skąd przyjechali.


Tym bardziej, że tabliczka informowała, że do najbliższego punktu jest tylko 0,5km.
Wybór okazał się trafny, bo tu tabliczka z czerwonym szlakiem proponowała kierunek, który chciałem.







Kontynuując kierowałem się pod Wrozną.
Są to dwie sąsiadujące góry o tej nazwie, Vružná i Wrozna.
Obie znajdują się na granicy polsko-czeskiej.
Szperając po zakamarkach sieci zauważam, że różnie podają nazwę polskiej góry. Wrozno, Wrozna.

Ścieżka przebiega po samiutkiej granicy, początkowo leśna potem polna, mając po prawej koniec pasma Czantorii.




Wierzchołek Wrozna przejechałem nawet nie wiem kiedy.
Dopiero w domu w otwartej mapie widziałem trasę.
Na pewno nie było to oznaczone.

Cały czas jechałem czerwonym szlakiem, często zauważalnym na szczęście, bo w przeciwnym razie jadąc ścieżką między płotami, miałbym wątpliwości.


Wąska, często błotnista. Wielokrotnie jadąc na odpowiednim przełożeniu kręciłem kołem w miejscu.
Muszę się pochwalić, że ani razu grząskie błoto nie zmusiło mnie do postawienia nogi.
Wyciągając dziś rower z garażu spojrzałem na zabłoconą, po ostatniej wycieczce, ramę.
Przez myśl przeleciał mi pomysł by mu zrobić prysznic, ale stwierdziłem, że nie ma sensu.
Jak widać dobra decyzja.

Jechałem przeważnie równo ale czasami kręto i z malutkimi wzniesieniami, na których albo kamienie albo wystające korzenie sprawdzały moje umiejętności.
Już teraz wystawiłem ocenę tej trasie: Najlepsza jaką dotąd jechałem.
Dlatego, że terenowa ale nie męcząca.
Do niewygód tej ścieżki należały gęsto rosnące pokrzywy wraz z ostami i tymi takimi czepiaczami, których nazwy teraz nie pamiętam... aaa przypomniałem sobie: rzep.
Co do pokrzyw, to jeszcze teraz po kilku godzinach czuję mrowienie na nogach i małym palcu dłoni.
Ale będę zdrowy!

Jazda pomiędzy płotami dość długo.
Pomyślałem sobie, że pewnie jakiś rezerwat, bo poczułem taki charakterystyczny zwierzęcy zapach.
Nie, nie  nie chodzi mi o smród.
Kawałek dalej zauważyłem nawet kilka zwierząt.

Ostatnio swoje trasy wymyślam według zasady "poznaj swój kraj" i odkrywam nowe zakamarki okolicy.
Nigdy wcześniej nie natknąłem się na nazwę Vružna czy Jahodna, albo Babi hora tu w okolicy.
Kolejną niespodzianką jest fakt, że ów rezerwat to Obora Vrožná, znana też pod nazwami Obora Walaski czy Walaskia. Z informacji znalezionych w necie wyczytałem, że są tam daniele, wapiti i muflony.
Takie oczy zrobiłem. Na pewno spróbuję znaleźć informacje i dojazd do wejścia, o ile istnieje dla turystów.

Rezerwat czy tez obora się skończył, a trasa zrobiła się jeszcze ciekawsza dla miłośnika górskich leśnych zjazdów.


Wąsko, niekoniecznie bardzo stromo, ale z kamieniami i korzeniami.
Powiem wam - rewelacja.
Nie szarżowałem ale z odpowiednią prędkością pokonywałem wąskie odcinki.


Kręta leśna ścieżka połączyła się potem najprawdopodobniej z jakimś odgałęzieniem od trasy 6086, która opuściłem skręcając pod Małym Ostrym.
Czasami, jak zauważyliście w moich opisach wycieczek, wybiorę drogę lub ścieżkę, która okaże się, do pewnego stopnia, złym wyborem. Dziś wybór był wyśmienity.

Utwardzoną drogą pędziłem w dół i o mały włos pokusa kontynuowania jazdy z góry, spowodowałaby przeoczenie właściwej drogi. Na skrzyżowaniu dróg w ostatnim momencie zauważyłem, że szlak (nadal czerwony) skręca w prawo.
Kolejna duża tablica ścieżki dydaktycznej pod nazwą: "Za pięknem Wędryńskiej przyrody" informowała, że jestem gdzieś pod Babi Horou (Babią górą).
Kawałek dalej już drogowskazy ze szlakami dały mi do wyboru kolejną opcję.


Chwilę wahałem. Kontynuować czerwoną leśną czy jechać żółtą dalej utwardzoną?


Nie wiem dlaczego, ale po raz kolejny wybrałem lepszą opcję.
Lepszą, nie znaczy prostszą.
Wybrałem leśną czerwoną, która zgodnie z informacją na tablicy po chwili zaprowadziła mnie na punkt: Pod Babi Horou.


Dlaczego twierdzę, że wybrałem lepszą opcję?
Chociażby dlatego, że na tablicy zobaczyłem nazwę, której na mapie wcześniej nie widziałem.

Pogoda dziś zmienna. Raz zachmurzone i chłodno, raz słonecznie i ciepło.
Teraz delektowałem się spokojną leśną drogą.
Cisza taka, że usłyszałem przechodzącego chrabąszcza (chyba to chrabąszcz)


Pewnie, że żart
ale tylko jeśli chodzi o chrabąszcza.
Byłem gdzieś z dala od szumu pobliskiego trzynieckiego hałasu huty. Wbrew pozorom nie aż tak daleko.
Spokój i ciszę przerywały czasami odgłosy ptaków, których normalnie za często nie zobaczymy.
Właśnie wyciągnąłem aparat by uwiecznić krajobraz kiedy nadleciał duży dzięcioł ze ślicznym czerwonym kapeluszem.


Usiadł na tym buku, ale zanim zamierzyłem go porządnie obiektywem, odleciał, bo chyba nie znalazł  na nim nic smacznego.
Droga, jaką jechałem kilkakrotnie potwierdzała moją ocenę.
Nie było dużo wzniesień, a jeśli były to w miarę łatwe do pokonania.
Jeśli kiedykolwiek zdecydujecie się na tę trasę, to zdecydowanie wybierzcie kierunek jakim jechałem.
Z powrotem musielibyście więcej męczyć się pod górki.

Rower świetnie sobie radził z napotykanymi korzeniami i kamieniami, ale trudno się dziwić tak zbudowanej ramie.


Znowu wjechałem w wąską leśną ścieżkę, gdzie skacząc przez korzenie i walcząc z wystającymi  kamieniami czasami o mały włos zaczepiałem w zakrętach o drzewa.


Dojechałem do miejsca, które jak sądziłem było górą Jahodna.



Śliczne miejsce. Urwisko skalne skąd rozlegał się widok na korony położonych niżej drzew.



Nie była to Jahodna ale Nad Kalištěm.


Gdybym wcześniej wybrał żółty szlak najprawdopodobniej dojechałbym na Jahodną, ale za to nie trafiłbym w to piękne miejsce, które m.in. fascynowało różnorodnością roślinności.



Jadąc dalej już trochę szerszą drogą napotkałem przeszkodę.


Dobrze, że chwilę wcześniej był zakręt i zjazd nie był zbyt szybki, bo hamowałbym pewnie gdzieś między gałęziami obok.
Niebawem skończyła się frajda terenowej jazdy i dojechałem do głównej drogi w Trzyńcu Sosna.
Tu znając, z wcześniejszych jazd, drogę do centrum, dojechałem do żelaznego mostu przez Olzę.
Stąd podjechałem do małej restauracyjki przy dużym sklepie Albert.
Już od jakiegoś czasu miałem smak na wegetariańskiego hamburgera.
Zjadłem ze smakiem dopijając ulubiony napój.

Do domu jechałem wielokrotnie uczęszczaną trasą, wracając w innym miejscu do rzeki Olza, gdzie przez Wędrynię i Bystrzycę dotarłem do celu robiąc dziś 28km.
Już wiem gdzie pojadę przy najbliższej możliwej okazji
Na pominiętą Jahodną. Którędy? Tego jeszcze dokładnie nie wiem, bo jak widzę możliwości jest kilka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Twój komentarz jest dla mnie bardzo ważny. Dziękuję.