sobota, 24 maja 2014

5/2014 z cyklu: Ja i mój rower. Nýdek-Trzyniec-Ropice-Těrlicko-Pomnik Żwirki i Wigury-Zalew-Czeski Cieszyn, Park Sikory


Nadszedł czas na drugą próbę zdobycia zalewu Těrlicko.
Wyjazd tuż po godzinie 10. Trochę chmurek na niebie ale bardzo ciepło i słonecznie.
Ustawiłem nawigację na niedawno zapisany ślad, gdzie przyczyny deszczowe nie pozwoliły kontynuować.
Z Nýdku do Bystrzycy nie ma w zasadzie innej opcji, więc jechałem drogą tą co zwykle.
W tygodniu kiedy na rowerze jeździłem do pracy skręcałem w lewo tuż za Bowlingiem przed Bronclikiem. Stromy zjazd, który pierwszego dnia, gdyby nie dobre hamulce, mógł spowodować, że wylądował bym w rzece Hluchová. Ma się rozumieć, że to nie zjazd jest temu bezpośrednio winny, ale zbyt duża prędkość.
Przejazd przez żelazny mostek, na którym jest znak zakazu i polecenie zejścia z roweru.
Dlaczego? Nie wiem. Potem za rzeką spokojną dróżką prosto aż do pracy, omijając centrum Bystrzycy.
Dziś jednak z uwagi na inny kierunek jazdy jechałem przez rondo, ale i tu postanowiłem sobie urozmaicić trasę innym kierunkiem.
Zwykle jadę prosto aż do mostu, przed którym wjeżdżam na cyklotrasę, o której już wspominałem we wcześniejszych postach.
Kiedyś, jadąc ta trasą z powrotem, zauważyłem ścieżki wiodące do lasku (lub z lasku, jak kto woli).
Jadąc w kierunku Bystrzycy jest do dość stroma ścieżka bogata w kilku miejscach w wystające korzenie.

Na dziś wybrałem właśnie tę opcję z odwrotnego kierunku, a co za tym idzie frajda dla lubiących terenową jazdę.
Aby ułatwić sobie czytanie otwórzcie zapisany ślad trasy.
Ścieżka z lasu łączy się z cyklotrasą tuż przed nowym mostkiem, stamtąd już tradycyjnie wzdłuż torów aż do przejazdu przy restauracji Zobava w Vendryni.
Kontynuując jazdę wybrałem różne dróżki kierując się na centrum Trzyńca pod nowy most przy równie nowym przystanku kolejowym Trzyniec Centrum.
Tu jechałem chwilowo cyklotrasą za Penny Marketem, gdzie się kończy i następnie po nowo asfaltowanej ulicy Jabłonkowskiej.
Niedawno przeczytałem w gazecie o źle usytuowanych pokrywach studzienek, które mają podłużne wloty. Problem polega na tym, że te pokrywy były ustawione w kierunku jazdy, co przedstawia niebezpieczeństwo dla rowerzystów. Dlatego też specjalnie zwracałem uwagę na te studzienki, ale poza tymi starymi już na ul.1 Maja, nie zauważyłem żadnej źle odwróconej. Najprawdopodobniej problem został usunięty.
Zgodnie z zapamiętana trasą jechałem w stronę szpitala na Podlesi.
W pobliżu głównej bramy Trzynieckiej Huty znowu zmieniłem trasę zjeżdżając z głównej ulicy, po to by uniknąć nieprzyjemnie wąskiego zakrętu, na którym ma się wrażenie, że zahaczy się narożnik domu. Wybrany odcinek nie jest krótszy, ale pozwala na spokojną jazdę pomiędzy zabudowaniami. Ostatnim razem jak i dzisiaj dojechałem do miejsca gdzie logicznie biorąc chce się jechać w prawo, ale właściwy kierunek to w lewo. Można to widzieć na mapce, że po raz drugi musiałem zawrócić.
Nie szkodzi, mi się nie śpieszy.
Parę metrów za szpitalem postanowiłem pozbyć się jednej koszulki, bo słońce przypiekało. Do tego celu wykorzystałem uliczkę, gdzie zawracają autobusy. Nikomu nie mówcie, że jest tam zakaz wjazdu.

Dziś po raz pierwszy przekonałem się, że i Garmin lubi płatać figle.
Na jednym ze skrzyżowań, jeszcze należące do Trzyniec Konska, byłem przekonany, że ostatnim razem jechałem w prawo. Jednak mapka zmuszała mnie do jazdy w lewo.
Podległem namowom i wyjechałem w Nieborach, nie rozumiejąc gdzie się stał błąd, czy mój czy nawigacji puściłem się z górki "na pazurki" z zamiarem dojechania do tego miejsca głównej ulicy, gdzie spotkam się z odpowiednim skrętem w kierunku Pola golfowego w Ropicy, czyli zakręt za którym znajduje się zamek w Ropicy. Nie zwiedzałem, więc nic na temat.
Było samo południe kiedy jechałem przez pole golfowe,


nie było szans gdzieś się schować, no chyba, że pod jakimś drzewem, których też nie było za wiele, pewnie przeszkadzały by w grze golfistom.



Gdzieś po drodze spotkałem informację, że to sport dla wszystkich, no ciekawe.
Nie chcę nikogo osądzać, ale mi to wygląda na granie sobie na bogaczy.
Nie wiem, być może to wina telewizji i filmów, w których pokazują, że to sport dla wyższych sfer.

Jadąc przez pole golfowe, a raczej obok, jedzie się wciąż pod górkę, prędkość ok. 9km/h. Jestem przekonany, że znajdzie się ktoś szybszy ode mnie, ale po co.
Po pierwsze upał, a po drugie muszę uważać by na swoim pulsometrze nie przekraczać pewnej normy, którą i tak przekraczam o ileś tam procent.

Na trasie wyznaczonej przez nawigację znajduje się zakaz wjazdu, bo teren prywatny. Jak ostatnim razem i dziś zignorowałem ten zakaz, bo myślę sobie, komu może przeszkadzać jeden rower. Jest to teren jakiejś farmy, sporo krów i pod koniec duży dom, który wygląda jak pałac sprzed lat, kolumny przed wejściem i sam styl budynku.
Przed wejściem domu stał starszy pan. Uprzejmie rzuciłem "dobry" a on zbierając słowa po chwili zapytał: Ma pan řidicky průkaz?
Na co przekornie odpowiedziałem, że nie a on na to, ze widać, bo jak z jednej tak i z drugiej strony jest znak zakazu.
Nie kontynuowałem konwersacji, aczkolwiek pomyślałem, że mogłem zagrać nieświadomego zaistniałej sytuacji i zapytać: A co to jest řidicky průkaz?
Przecie nikt nie wie czy przejeżdżający cyklista jest akurat Czechem lub zna język.
Tak czy inaczej następnym razem, o ile taki będzie, wybiorę inną trasę omijając teren prywatny, no bo po co drażnić właścicieli.
Nie zmienia to jednak faktu, że czasami dziwi mnie stanowisko tego typu osób, a znam takowych i w moim miejscu zamieszkania.

Dojechałem do punktu, w którym ostatnim razem zdecydowałem o powrocie, po tym jak dogonił mnie deszcz. Górny Żukow.
Dziś pomimo chmurek na niebie, wygląda na to, że wycieczka się uda.
Do Těrlicka raz z górki i dwa razy pod górkę. Zgodnie z planem dojechałem do kościoła św. Wawrzyńca, tu ani żywej duszy poza patrolem policji na parkingu.
Nie wiem czy odpoczywali czy czyhali na niegrzecznych kierowców jadących starą Ostrawską drogą.

Zupełnie nieoczekiwanie, bo nie zagłębiałem się wcześniej w mapę okolicy, zauważyłem informację o pomniku Żwirki i Wigury, nie mogłem nie podjechać i zobaczyć upamiętnienie polskich pilotów.



Zauważcie, że czasami ludzie popełniają błąd w opisach pisząc Żwirka i Wigury.
Zaznaczam, że nie chodzi o kolegę Muchomorka z czeskiej bajki, Żwirka.
Więc myślę, że zupełnie na miejscu jest moja uwaga, że poprawnie to "Żwirki" od nazwiska Żwirko, nie Żwirek.


Było to dawno temu jak się o ich uczyłem w szkole, być może nawet były jakieś informacje o tym, że ich groby są na terenie Czech. Niemniej jednak miło było spotkać coś polskiego.


Wydawało mi się, że z tego powodu zbaczam z trasy, ale nie szkodzi.
Potem wróciłem do miejsca gdzie zdecydowałem się na drogę do pomnika, a tu okazało się, że niepotrzebnie, bo pomnik nie był zbytnio oddalony od obranej trasy.
No cóż poza GPSem trzeba troszkę użyć mózgu.

Dotarłem do zapory.


Jako pierwszy punkt odpoczynku obrałem Hostinec nad zatokou. Zamówiłem Kofolę a zaraz potem sałatkę szopską z frytkami.
Zaczęło padać. Słońce świeci na całego i pada deszcz.
Chyba trwał 5 minut.
Zjadłem, odpocząłem, dopełniłem zbiorniki na picie i jazda.

Plan mój to objechać w miarę możliwości cały zalew. Niestety w przypadku Těrlicka, to niemożliwe jeśli chodzi o jazdę wybrzeżem.
Większość trasy to ulice, główne i mniej główne, które otaczają zalew.
Kilka uliczek w kierunku wody to jedynie ślepe, z których trzeba zawrócić.
We wcześniej przygotowanej mapie zaznaczyłem odcinek, który nie prowadzi po głównej drodze ale gdzieś w pobliżu wody.
Dojechałem do wody...
Tutaj jest ośrodek wakeboardingu, czyli jazda na desce trzymając się liny - może następnym razem.

...oo jest ścieżka do lasu...
niestety po jakichś 100-200 metrach wąskich przejazdów koniec i trza zawrócić.
Wróciłem na asfalt i tu bacznie obserwowałem mapę. Dokładnie w miejscu gdzie nawigacja wskazywała, faktycznie znalazłem ścieżkę.
Pełen radochy, że trochę terenowej jazdy zamiast ulic, jechałem z tym, że zaczęło robić się ciasno i musiałem walczyć z bijącymi mnie gałęziami.
Niestety i ta droga okazała się ślepa najczęściej prowadząca do furtki ogródków działkowych.
Kilkakrotnie w ciasnym zaułku zawracałem rower, próbując wydostać się z nieprzyjemnych drapiących po nogach i rękach krzaków.

Nie wiem jak inni ale mam coś w sobie takiego, że nie lubię zawracać i szukam innej alternatywy, jednak jak zauważyłem po fakcie powrót drogą jaką przyjechałem byłby o wiele prostszy.

Po wydostaniu się na drogę kontynuowałem zwiedzanie wszystkich możliwych uliczek w celu udostępnienia osobom chętnym odwiedzić ten zalew.
Jedną z nich była ulica prowadząca do pola kampingowo - wędkarskiego



Kolejnym miejscem jest Zamek w Těrlicku, czyli Pałac Hrabiego Larischa.
Chyba koło niego jechałem, ale nie przykuł mojej uwagi więc jechałem ścieżką leśną, ładnie zrobioną, która później kartką na drzewie była oznaczona jako piesza.
Skoro piesza to zdecydowałem się na jazdę bardzo powoli, by ewentualnie nie zagrażać niczyjemu bezpieczeństwu.
Nie spotkałem ani żywej duszy. Aż w jednym miejscu 3 kobiety z pieskiem, który zawzięcie aportował kijek z wody.

Przystanąłem na chwilkę spoglądając na duży zalew przede mną.
Piesek okazał się bardzo miły, podszedł do mnie i otrzepał się z wody, myśląc zapewne, że potrzebuję ochłody po przebytych kilometrach.

Po chwili kontynuowałem jazdę ścieżką, która doprowadziła mnie do restauracji o nazwie Country Club.
Chyba nic się tam nie działo, bo cisza jak makiem zasiał.
Objeżdżając zalew znowu głównymi ulicami trafiłem na starą Ostrawską, która w pewnym momencie była tak stroma, że pomimo, że pierwotnie chciałem kierować się na powrót, to jednak skręciłem w stronę zalewu, licząc, że nie będzie tak ciężko.
Nie było najgorzej, ale tez kondycję jazdy pod górkę wiele razy miałem okazje przetestować.
Dojechałem do punktu startu objazdu, czyli na zaporę


 Stąd zaobserwowałem chyba odpowiednie miejsce na odpoczynek przed jazdą powrotną.

Tuż obok zapory, wąska ścieżka do lasu, ale aby się na nią dostać, trzeba było przenieść rower przez wysoki i szeroki betonowy kanał, trochę karkołomne, ale obyło się bez upadku.
Dojechałem do wcześniej upatrzonego miejsca na którym siedziała rodzinka przy małym ognisku.
Zająłem miejsce nieopodal nich, uzupełniłem płyny w organizmie, posiliłem się czekoladowym batonikiem i zacząłem się zastanawiać nad trasą powrotną.

Z uwagi na przejechane ok.50km postanowiłem jechać drogą w kierunku Czeskiego Cieszyna, zakładając, że będzie łatwiej i krócej.

Ku mojemu zdziwieniu i rozpaczy wcale nie było łatwiej. Trasa okazała się tragiczna w swoich długich wzniesieniach, które 2x pokonywałem prowadząc rower, bo mówiąc szczerze miałem już dość.
Była to trasa ulicą Ostrawską przez Albrechtice, Stanislavice, Mistřovice.

Nie macie pojęcia jak męcząca ta droga była.
Po drodze zastanawiałem się nad logiką Czeskich Polaków, czyli wszystkim znanej mniejszości polskiej w Czechach.
Rejon Śląska jest znany z tego, że m.in. nazwy miejscowości na tablicach zawierają zarówno czeskie jak i polskie napisy.
To, że wzburza do większość mieszkańców pominę, ale jakim cudem udało im się Stanislawice przechrzcić na Stanisłowice(pol.) zamieniając litery a na o.
Albo skąd pomysł by z Albrechtice zrobić Olbrachcice(pol.) gdzie jak sądzę Albrechcice były by w zupełności wiernym przekładem.
To, że Těrlicko to po polsku Cierlicko, mnie nie dziwi, ale szczytem umiejętności wyżej wspomnianych ludzi jest nazwanie miejscowości Chotěbuz - Kocobędz(pol.).
Niech mi ktoś łaskawie wytłumaczy powiązanie tych nazw.

Dotarłem do celu po wielkich trudach i męce. Park Sikory i kolejna Kofola dla ochłody.
Znane wszystkim 4 litery ciała prosiły by już nie siadać na rower, ale ich właściciel nie i nie poddać się.
Z parku Sikory znaną już trasą wzdłuż Olzy.


Za mną oddalał się most łączący czeski i polski park.
Opuszczając przyrodę jechałem jedyną możliwą główną drogą koło zony przemysłowej w Trzyniec-Konska.
Od ronda w Mysiej Dziurze również tradycyjnie prosto w kierunku żelaznego mostu ze schodami (przez Olzę).

Do domu coraz bliżej, ale wciąż pozostaje ponad 10km. dlatego też jeszcze jeden przystanek na Kofolę w restautacji u Baranka.
Pomimo tego, że dochodziły do mnie odgłosy burzy to i tak zdecydowałem się na ten odpoczynek.

Deszcz złapał mnie w drodze do Bystrzycy tuż przed laskiem, z którego dziś wyjechałem. Zapowiadało się nieciekawie więc wydobyłem z siebie jakiś tajny zapas energii i ile sił w nogach pędziłem do centrum Bystrzycy by się schować pod daszkiem kompleksu kilku sklepów.
Tu nie byłem osamotniony w skrywaniu się. Dojeżdżając lało już dość konkretnie, ale to co przyszło po chwili spowodowało, że musiałem szukać suchszego miejsca, ponieważ tu woda zaczęła lać się nawet od górkę.
W optymalnie dobrym miejscu zrzuciłem z siebie mokra koszulkę zastępując ją suchą, a z powodu, że deszcz obniżył dość temperaturę, przyszła kolej i na kurtkę.

Po kilkunastu minutach ulewnego deszczu ruszyłem na ostatni 4km odcinek do domu.

Dojechałem zmęczony, ale jakże by inaczej, wg licznika na rowerze przejechałem dziś 87km.
Ogólna ocena: Wycieczka udana, zalew Těrlicko nic nadzwyczajnego, chyba że dla wędkarzy.
Czas wycieczki: 8,5h

>Trasa< po korekcie dla ewentualnych zapaleńców.
Edytowana, czyli poprawiona. Usunięte pomyłki i teren prywatny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Twój komentarz jest dla mnie bardzo ważny. Dziękuję.