piątek, 2 maja 2014

3/2014 z cyklu: Ja i mój rower. Trasa: Nýdek - Třinec - Konská - Ropice - Horní Žukov - Č.Těšin - Třinec - Nýdek


Dla większości długi weekend.
Ja, żeby mieć ów długi weekend, odpracowałem wczorajsze Święto Pracy i mogę cieszyć się z 3 dni wolnego.
Pomimo prognoz meteorologów postanowiłem wybrać się na wycieczkę.
Jeszcze nie wspomniałem, że posiadam outdoorową nawigację Garmin eTrex20.
Fajna zabawka, tym bardziej, że motywuje mnie do wsiadania na rower i tworzenie śladów moich wypadów, które potem zamieszczam na treseo.pl
Dzisiejszą wycieczkę zaplanowałem poprzez program BaseCamp bezpośrednio połączonym z nawigacją.

Po ostatniej nieudanej próbie wyjazdu na pobliską "górkę" Filipka (762m) postanowiłem potrenować kondycję na równiejszych terenach.
Za cel obrałem sobie Zalew Těrlicko.
Jak poinformowałem z rana na FB plan był taki:

Plan na dziś.
Ktoś ze mną?
Někdo se mnou?
Start z Nydku: godz: 10
Z Nydku do Těrlicko, objechać dookoła i z powrotem.
(mapę wytworzył BaseCamp)
http://www.traseo.pl/trasa/trinec-terlicko

Jak zwykle jechałem sam. Wyjechałem o jakieś pół godziny później, ponieważ przygotowania zabrały mi więcej czasu niż przypuszczałem. (pozwólcie, że będę używał oryginalnych nazw miejscowości)
Z Nýdku do Třince jechałem znaną mi już trasą, gdzie w Bystřici tuż przed mostem użyłem cyklotrasy, która powstała w zeszłym roku, po tym jak i tak ludzie tam jeździli unikając jazdy w dużym ruchu samochodów.
Owa cyklotrasa ciągnie się od Bystrzycy po Vendryně przy przejedzie kolejowym koło Restauracji Zobava, później to trasa składająca się z różnych odcinków dróg i innych cyklotras.

Ponieważ swoją trasę w nawigacji rozpocząłem od Trzyńca, skierowałem się na Naměsti Míru (Rynek Pokoju). Zupełnym przypadkiem trasa zaczynała u kamienia w parku z którego tryska pitna woda.
Stąd zgodnie ze wskazówkami eTrexa jechałem w stronę Huty Trzynieckiej (Třinecké železárny) Nemocnice Podlesí (szpital) czyli Konská. Następnie Ropice w kierunku Horní Žukov.
Trasa przebiegała w większości asfaltem, czasami tylko żwirem albo dawno nie naprawianą drogą asfaltową, czyli wykruszony asfalt. Dla mnie nie problem, ponieważ posiadam dobrze amortyzowany rower.

Jechało się spokojnie wśród domów i dość ładnych widoków.
Jedną z atrakcji po drodze było ogromne pole golfowe, na którym z jednej strony grający a po drugiej kosiary.
Jadąc dalej nad polem zauważyłem krążącego jastrzębia, chwilę później siedział na drzewie. Zatrzymałem się w bezpiecznej odległości by go nie płoszyć.
Siedział bokiem do mnie i być może pomimo świetnego wzroku mnie nie zauważył.
Zanim jednak zdążyłem wyciągnąć telefon by zrobić mu zdjęcie - zwiał. Jednak mnie zauważył, no chyba, że dostał sms od kolegi, że żarcie łazi gdzie indziej 

Od dłuższej już chwili obserwowałem jak nad Trzyńcem leje, o czym wcześniej poinformowały mnie grzmoty. Wahałem... zawrócić czy jechać dalej?
Znając meteorologów miałem nadzieję, że się pomylili i to tylko chwilowe, poza tym jak dotąd deszcz był za mną.
Jadąc jednak dalej dosięgały mnie sporadyczne krople przyniesione z wiatrem. No cóż jak wspominałem - kondycję mam za słabą by mknąć jak wicher 

Coraz bardziej rozglądałem się za odpowiednim miejscem do schronienia.
Najlepszym byłby przystanek, bo zaparkować komuś w podwórku, mijanych domów, pod jakimś daszkiem było by chyba nieodpowiednie 
Moim oczom pojawił się przystanek w Górnym Żukowie, gdzie bez wahania zaparkowałem, ponieważ deszcz mnie dogonił.
Przerwa w sumie się przyda. Czas na mały posiłek w postaci kilku kostek czekolady.
Normalnie słodyczy nie jadam, bo jak twierdzę: Jestem wystarczająco słodki 
ale w trasie cukier to podstawa.
Przerwa przydała się tez z innego powodu.
Ucisk siodełka na niektóre naczynia krwionośne spowodował zdrętwienie mojej męskiej części ciała.
No co śmiejecie się?!
Dość częsty przypadek ale nie jestem pewien czy nie skonsultować tego z moim lekarzem (mały problemik - mój lekarz to kobieta) czy przypadkiem nie zagraża to temu lub owemu

Nadal padał deszcz. Nie lało tylko padało... oczywiście, że to różnica.
Patrząc w obranym kierunku było słonecznie, więc postanowiłem, że kontynuuję do celu.
Jakieś 250 drogą w dół do skrzyżowania.
W lewo cel za jakieś 20km, w prawo Cieszyn 5km.
W błyskawicznej decyzji pomógł padający deszcz.

Dobrze, że stad do Cieszyna jedzie się z górki!
Teraz już lało, jechałem w stronę burzy, ale to nic, bo zaobserwowana prędkość (51km/h) chyba powodowała to, że to co na mnie spadło schło po drodze 
Wyścig z deszczem i czasem świecenia zielonego światła na semaforze. Stojąc na czerwonym zmókłbym więcej.
Dałem czadu obserwując Pulsometr na kierownicy, który raz informował mnie piszczeniem, że osiągnąłem maksymalny pozwolony puls (chyba 174).
Dla niedoinformowanych z polecenia lekarza kardiologa nie powinienem szaleć, bo ja chociaż młody (42) to serduszko uważa inaczej.
Deszcz ustawał a ja zbliżałem się do Olzy, gdzie jadąc wzdłuż, zatrzymałem się by przeczekać deszcz i podreperować poziom płynów w organizmie, co uczyniłem w restauracji "Sikorák" pijąc już kiedyś wspomnianą Kofolę.
Park Sikory graniczy przez rzekę z Parkiem Sportu w Cieszynie - polecam nie tylko rowerzystom ale i rolkarzom.

Koszulkę zamieniłem na kurtkę ponieważ troszku się ochłodziło.
Z parku jechałem wzdłuż Olzy.


Nie spodziewałem się, że Olza miewa piękne miejsca.

Koniec przyjemności z jazdy bez samochodów. Droga od rzeki wychodzi tuz przed mostem na ruchliwym odcinku z Trzyńca do Czeskiego Cieszyna, z trudem przebiłem się na druga stronę, bo to nie skrzyżowanie.
Chyba najbezpieczniej było by wyjechać w kierunku Cieszyna i na skrzyżowaniu włączyć się jak człowiek, a w sumie niedaleko, jakieś 50m.
Tu spotkałem dwóch cyklistów, którzy zapytali czy trasą którą przyjechałem dojadą do Cieszyna.
Nic dziwnego, trasa nijak nie oznaczona, można tylko na nosa skręcić i liczyć na to, że nie jest to ślepa.
Oczywiście jednak potwierdziłem, że jest to najlepsza opcja.
Chłopaków również zawrócił deszcz z wcześniej obranej trasy. Ich zamiarem było w góry. Byli z Bohumina, mam nadzieję, że nie zmokli bo kawałek mieli.

Na rondzie przy Myší díře (Mysia dziura) jechałem prosto, gdzie znowu relax bez samochodów i kontynuacja jazdy wzdłuż Olzy gdzie połączyłem się z trasą "tam", czyli cyklotrasa aż do Bystrzycy.

Tuż za Mysią dziurą zauważyłem, że padły baterie w nawigacji.
Oj jaka szkoda! Nie będzie chyba zarejestrowanego śladu mojego dzisiejszego wysiłku

Baterie wymieniłem, jak nie zapisało, to odtworzę trasę z pamięci i na podstawie trasy, którą zaplanowałem przez BaseCamp.
Żeby szkód nie było mało...
podczas małej przerwy w Bystrzycy na końcu cyklotrasy, po to by zamienić kurtkę z powrotem na koszulkę, bo znowu wyszło słońce, zdejmując moje drogocenne okulary ułamało się mi "uszko".
No... nie będę wydawał znowu kupy kasy na fotochromy, przylepię.

Do domu dotarłem cały ale z obolałą częścią ciała, która zwykle boli po tylu kilometrach.
Obolały ale szczęśliwy, bo chociaż plan niespełniony, bo jednak meteorolodzy się nie mylili, to jednak przejechałem dziś równych 50km.
A  że się nie mylili potwierdziła to burza do pół godziny od mojego powrotu.

Mam nadzieję, że wam się przyjemnie czytało. Liczę na wasze komentarze, a może nawet zachęcę was do tego bym następnym razem nie musiał jechać sam.
Na potwierdzenie mojego dzisiejszego osiągnięcia zerknijcie na mapkę.
Okazało się, że Garminek jest entelegętny i zapisał trasę przy wyłączaniu.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Twój komentarz jest dla mnie bardzo ważny. Dziękuję.